piątek, 10 października 2014

Noezis: Rozdział pierwszy Część I

Siedem lata temu.

Białooki starzec spoglądał na dziewczynkę, która żyła w świecie nieśmiertelnych. Miała zaledwie jedenaście lat, a żyła w świecie prawdziwego mroku. Pomimo wszystko, świat wydawał się jej czymś pięknym. Był piękny w jej oczach, bo nie znała innego. Straciła wiele, została osamotniona przez życie. Długie czarne kosmyki otulały jej bladą twarz, a w jej złotych oczach widniała chęć do życia i niewinne dziecięce szczęście. Była nieświadoma.
 - Nastają ciężkie czasy Lilian.
 - Wiem dziadku.-Zapatrzona była w miksturę, którą starzec przygotowywał. Nazywała go dziadkiem, bo tak ją tego nauczyli. Razem z dwójką jej starszych przyjaciół chcieli stworzyć jej rodzinę, którą dwa lata temu straciła. Nie pamiętała o niej, bo tak zadecydowali. Czasy były tak bezlitosne, więc czemu mieliby jej pozwolić dodatkowo cierpieć?
 - Ale wiesz, że damy sobie radę?
 - Tak, bo ciocia Anasen i wujek Layah będą nas chronić.
 - Dokładnie.-Uśmiechnął się i cieszył z jej wiary w dobro i bezpieczeństwo. Tak bardzo kochał to dziecko i nikomu nigdy by nie go oddał. Chyba, że Anasen i Layah. Jedyne osoby w Noezis, którym ufał. Reszcie zaufać było ciężko. Teraz wszyscy dbali o samych siebie aby nie podpaść starszym, którzy w tych czasach mieli siebie za Bogów. Starzec o imieniu Osdarell Ote Valse, nienawidził ich z całych sił. Zabrali Noaziseńczykom wszystko co światu nadawało jakikolwiek sens.- Dziadku.
 - Tak?
 - Co dzisiaj gotujesz?
 - Dobre pytanie moja droga.-Wyciągnął kolejne zioło oraz książkę, która stała na starej obdartej półce.- Ten eliksir będzie specjalnie dla ciebie.
 - Naprawdę?-Dziewczynka się zdziwiła.
 - Oczywiście. Ostatnio wspominałaś mi jak bardzo uwielbiasz zwierzęta, prawda?
 - Tak.-Kiwnęła głową i podparła brodę rękoma przyglądając się temu co robi jej dziadek. On otworzył księgę na właściwej stronie i podał jej do rąk.
 - Przeczytaj, to się dowiesz co właśnie robię.-Odkąd Lily nauczyła się czytać w języku magów, bardzo często dawał jej czytać księgi i zaklęcia. Ta czytała, czasami się zacinając ale nie rezygnując. Zakańczając, zwariowała ze szczęścia.
 - Naprawdę? Naprawdę tak możesz dziadku?
 - Nie ja moja droga. To ty dostaniesz ten eliksir, ale najpierw.-Zwrócił jej uwagę palcem.- Nauczysz się recepty. Ważne jest abyś zapamiętywała wszystko czego staram się ciebie nauczyć, bo kiedyś.-Westchnął.- Kiedyś dziadek odejdzie i będziesz sobie musiała dawać sama radę.-Lily się zaśmiała.
 - Dziadku, przecież ty nigdy nie umrzesz.-Tamten się roześmiał. W pewnym sensie była to prawda, Noeziseńczykowie byli nieśmiertelni. Można ich było jednak zabić i to całkiem łatwo. Osadrell nie był Noezisańczykiem, pochodził z innej części tego świata, która kiedyś miała się za najpotężniejszą. Z świata magii i potężnych utalentowanych istot, nieustraszonych. Jednak do czasu, w którym władcy innego państwa postanowili zrobić egzekucję, a ród Noezisański przyłączył się do egzekucji. Twierdzili, że tak będzie lepiej a państwo Saerelu okaże im łaskę. Od tamtej pory, czasy zaczęły się zmienić. Gwałtownie.
Mężczyzna zaczął jej tłumaczyć receptę na eliksir, który od dawna tak chciała.
 - Nie było trudno, prawda?-Powiedział zamykając napój w fiolce. Potem podał ją podopiecznej.
 - Tak.-Pokiwała głową.
 - Teraz będziesz mogła z nimi rozmawiać, ale pamiętaj. Nie będzie trwało to długo.
 - Dlaczego?
 - To tylko eliksir.-Zastanowiła się.
 - Ale zawsze można robić je w kółko i w kółko.-Posmutniał.
 - Niestety, po pewnym czasie już nawet te nowe zaczną tracić moc.
 - Dlaczego się tak dzieje?
 - Bo ciało się do tego przyzwyczaja i się wybrania ich skutkom. Jednak jest pewno zaklęcie, które składa się z kryształów i prochów. Tworzą one tak zwany ''talent'' i zostaje on na zawsze, a nie jak eliksir ''na chwilę''.
 - Chciałabym tak.
 - Możesz.

Tak zwana Anasen, przemierzała taras podtrzymywany marmurowymi kolumnami. Jej jedwabna biała suknia wirowała w rytmie lekkiego i ciepłego wiatru. Złote obręcze na ramieniu, związane białą wstążką słomiane włosy, piwne oczy i blada cera. Piękna kobieta, uznawana za panią prefektury Kataris. Jedną z większych. Była świadoma końca swych rządów, bo takie się zbliżały. Jako jedyny władca, postanowiła sprzeciwić się nowym prawom. Czekała na dzień, w którym razem z Layah'em będą musieli zabrać Lily i uciekać.
 - Pięknie dziś wyglądasz.-Powiedział platynowo-włosy. Ubrany był w czarną koszulę, oraz spodnie. Włosy miał półdługie.
 - Dziękuję.-Na usta wkradł się uśmiech, a krok podążył w jego kierunku.
 - Pani.-Wyciągnął rękę w jej stronę i lekko się ukłonił.- Zapraszam do ogrodów.
 - Z przyjemnością.-Złapała jego rękę i dała się poprowadzić.
Doszli w miejsce, które słynęło z najpiękniejszych roślin i kwiatów. To ich ogrody, to ogrody ich prefektury. Spoczęli w białej altanie, na którą padał różowo-złoty zachód słońca. Nie mogło być piękniej.
 - Nadchodzą straszne czasy.
 - Wiem mój drogi, lecz poradzić na to nic nie możemy.-Westchnął głaszcząc jej rękę.- W prawdzie... możemy tylko chronić Lily. Musimy. Salva i Leonard tego chcieli, nie możemy odrzucić ich prośby.
 - Nie chodzi tylko o nich. Sami nie mielibyśmy sumienia. Czasem czuję jakby była naszą córką.-Przyznał bez zawahania, a Anasen się uśmiechnęła.
 - Jest naszą córką. Krew nie znaczy tak wiele, chodzi o uczucie. Kocham ją jak swoją.-Mówiąc to, wyobrażała sobie jej delikatną dziecięcą buźkę i cichy głos. Podekscytowane wciąż złote oczy i jak zawsze niewinność.
 - Co postanowił Osardell?
 - Stwierdził, że ziemia to najlepsze rozwiązanie. O tym miejscu już wszyscy dawno zapomnieli, wiesz o tym.
 - No tak. To młody świat, pozbawiony skruchy i odwagi. Dawno został skreślony z listy interesujących.-Mruknęła.
 - Może jednak kiedyś się to zmieni. Tak jak powiedziałeś, świat ten jest młody. Nasz też kiedyś był.
 - To prawda.-Wtulił ją w siebie.
 - Layah.
 - Tak Pani?
 - Boję się.
 - Każdego dnia co raz bardziej.-Dodał Spojrzał na zachód słońca i ptaki uciekające do swoich gniazd.- Ja też. I tego, co stanie się z Osardell'em. Chciałbym aby wyruszył z nami, nie wyobrażam sobie życia bez niego. Lily chyba najbardziej. Skrzywdzimy ją.-Przerażała ją sama ta myśl. Była to jednak kolejna rzecz, na którą nie mieli wpływu.
 - On się nie zgodzi na wybycie. Tutaj jest jego miejsce, tutaj spocznie, zawalczy jako pierwszy i ostatni.-Po policzkach spłynęły jej błyszczące jak diamenty łzy. On je starł, pomimo iż oznaczały one zazwyczaj smutek, to były piękne.
 - Musimy dać radę.

Noezis: Prolog

Stała na obręczy balustrady, pusto spoglądając w taflę czarnej niczym smoła wody. Tafla bez odbicia, wzburzona chłodnym wiatrem. Rozwiewał jej ciemne krucze kosmyki, niczym kurtynę, która chowała się robiąc miejsce przedstawieniu. W jej umyśle nie zachowała się nawet szczypta zawahania, była pewna i gotowa. Stała w bezruchu, albowiem poczuć chciała siłę jakże pustego momentu. Ten ostatni raz, ostatni i cudowny raz. Właśnie wtedy poczuła smukłą dłoń na swojej łopatce. Sunęła ona następnie wzdłuż jej kręgosłupa, palcami naciskając na każdy wystający kręg. Kiedy dłoń wróciła się na środek przemierzonej drogi, naparła mocniej i wypchnęła wpół martwe już ciało do przodu. Istota oparła się o metalową balustradę, przy okazji palcami wystukując rytm jednej ze swoich ulubionych piosenek. Z uśmiechem obserwował spadającą w dół dziewczynę. Potem to zachwycające zderzenie się z czernią i koniec. Była i już jej nie ma, a przedstawienie było warte przyjścia i pooglądania.
 - Jaka ona jest naiwna.-Nagle zadzwonił telefon. Zaczesał te swoje platynowe kosmyki.
 - Liam i jak?
 - Żałuj, że nie przyszłaś.
 - Aż tak ciekawie?-Zaśmiał się. Jego brązowe oczy zalśniły, a usta ułożyły się w tak zadowolony sposób jak nigdy dotąd.
 - Nawet nie wiesz jak. Chociaż w pewnym momencie naprawdę poprosiła się o wsparcie, wręcz niesamowicie. Znasz naszą małą Lily. Ona i te jej piękne chwile, ulotne marzenia i cudowne widoki. Prosiła się o popchnięcie.
 - No wiesz ty co,  a może by coś jeszcze ciekawego zrobiła?-Naburmuszyła się, że Liam zniszczył jej wyobrażenia.
 - Oj daj spokój. Będzie jeszcze wiele okazji.
 - No tak.

Drzwi mieszkania otworzyły się a do niego weszła osoba, z której woda spływała strumieniem. Miała ten zawiedziony i zirytowany wyraz twarzy, jak zawsze.
 - Liam, jesteś podły.
 - Oj tam, oj tam.-Machnął ręka. Do niej od razu podleciała starsza znajoma.
 - Chodź do łazienki. Rozbieraj się i do wanny się wygrzać, rozchorujesz się i znowu będzie szła kasa na leki. Niby się przejęła, ale w głębi serca powstrzymywała się od wybuchnięcia śmiechem. Lily się nie odezwała, poszła do łazienki. A Scarlett westchnęła.
 - Co ty tak wzdychasz Scarlett.
 - Bo z pewnej strony jest to też smutne. Ona tego pragnie, już nawet się nie uśmiecha, nie wychodzi z domu podczas dnia.-Przyjaciółka wiedziała jak bardzo tęskni zielonooka. To nie było jej miejsce, to nie byli jej ludzie, nie jej niebo, nie jej gwiazdy.
 - Wiesz, że nie możemy nic z tym zrobić. Nawet my nie możemy tam wrócić.-Spoważniał, nawet odwrócił wzrok od gazety, która w prawdzie była nudna. Nie miał jednak co robić, było nudno ale jednak.
 - Jest po prostu młoda, namieszali jej w głowie. Noezis to jej miejsce, tam nawet miała cel.
 - Nie znalazła by ich.
 - Ale miałaby chociaż ten cel.
 - I do czego by doszła? Jej rodzice nie żyją od dawna. Prędzej czy później by się tego dowiedziała i co? Próbowałaby się zabić co dzień, tak naiwnie. Wie bardzo dobrze, że mało co może ją zabić. Jest za bardzo utalentowana, bardziej niż my. Musi tu być, tylko tu możemy ją chronić. Noezis? Ile może się kryć, ile może biegnąć z miejsca do miejsca. To bezcelowe.-Wiedział, że ma rację. Bał się o swoją małą Lily, ale co mógł zrobić? Mógł tylko ją chronić i chować. Jego małą Lily, wszystko by dla niej zrobił. Naśmiewał się z niej, dokuczał, pomagał w głupotach takich jak tamta na moście. Była jednak kochana, nigdy jej nie porzucą. Jej rodzice zaufali tej dwójce. Przed śmiercią ich ostatnią prośbą było ''Chrońcie naszą córkę''. Do dzisiaj słyszy to w swojej głowie.
 - Martwię się o nią.
 - Nie tylko ty.

Siedziała w łazience, ciepła woda ją odprężała. Zawsze myśleli, że jak jest w innym pokoju czy łazience to nic nie słyszała. Słyszała, wszystko słyszała. Wiedziała też, że jej rodzice parę lat temu zostali zabici. Wpierw żyła chęcią zemsty, dalej tym żyje. Do tego jednak doszła też pewna nadzieja, którą dał jej stary mentor. Wiedziała, że może odzyskać rodziców, ale poświęcić musiała wszystko. Cel uświęca środki, nieprawdaż? Przestała o tym myśleć i zanurzyła się w wodzie. Nic i tak jej nie będzie, jak zwykle.